
Ostrzegano mnie, że Ekwador jest krajem, gdzie wszystko jest możliwe, ale nic nie jest pewne. I przestrzegano przed niebotycznymi kolejkami w urzędach. Tymczasem przy wejściu do tzw. Urzędu Wybrzeża z uśmiechem dostaję numerek zgodnie z kwalifikacją mojej sprawy, siadam jak w kinie i po pół godzinie zaprasza mnie do siebie jedno z trzydziestu kilku okien. Przed każdym jest urządzenie z przyciskami do oceny. Bez wahania naciskam „excellent”. Następnego dnia mam wrócić po paszport. Czas oczekiwania będzie taki, że nie mogę powiedzieć, że w ogóle czekałam. I znów muszę nacisnąć „excellent”, bo inaczej nie odpowiadałoby to prawdzie.
Duże miasto portowe i przemysłowe daje duże możliwości. Tu się zarabia pieniądze, a mieszkańcy Quito je wydają, jak złośliwie mawiają guayaquilczycy. Jakżeż inny tu widok od tego, który mam na co dzień w „oknach”.
Wieczór na maleconie. W ogólnym gwarze wyraźnie przebijają się odgłosy zbliżających się bębnów. Patrzę w tamtą stronę i widzę łunę światła, eskortę policji, ustawiających się ludzi po bokach, by zobaczyć paradę. Ale nie wiedzą z jakiej okazji. Być może Dnia Niepodległości. Przecież to dopiero za tydzień! – No właśnie, czas najwyższy, by zacząć świętować – będą patrzyli z politowaniem na zdziwioną Europejkę. Ale to tylko święto strażaków.
Na obchody 9 października, rocznicę wyzwolenia Ekwadoru spod hiszpańskiej władzy, jeszcze trzeba poczekać.
Miasto Samborondon jest praktycznie połączone z Guayaquil. To siedziba najbogatszych. Eleganckie centra handlowe wybudowano tu w pięknym stylu ogromnych domów kolonialnych. Ich dziedzińce wypełniają parki z jeziorkami i liczne restauracje. Wszystkie umieszczone tu reklamy są ręcznie malowane.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz