Sezon na wieloryby


Wysiadam wieczorem w Santa Elena, jest zimno, wieje chłodny wiatr. To typowa lipcowa pogoda. Jest lato, na półkuli południowej to najzimniejsza pora roku. Dzięki fenomenowi el ninio mieliśmy ostatnie lata cieplejsze, teraz wszystko wróciło do normy i temperatura na wybrzeżu spada nocą poniżej 20 stopni – mówi Pedro. Jestem na południowym końcu tzw. Drogi słońca biegnącej wzdłuż ekwadorskiego wybrzeża. Jest ona częścią Drogi spondylus, która prowadzi aż do północnego Peru. Piękne muszle spondulus są pancerzem mięczaków występujących w ciepłych morzach. Obecnie niemal na wymarciu. Dla mieszkańców przedkolumbijskiej Ameryki były najcenniejszym przedmiotem. Nie złoto czy inne drogocenne metale i kamienie, ale właśnie muszle spondylus. Posługiwali się nimi jako środkiem płatniczym. Próbowali wykupić się za ich pomocą od europejskich najeźdźców. Ale ci żądali tylko złota.

W czerwcu na biegunie południowym zaczyna się zima i temperatury spadają do takich, że niewiele stworzeń może to przeżyć. Wtedy właśnie swoją wędrówkę na północ zaczynają wieloryby, by przeżyć i by się rozmnażać. Wiele z nich dociera do wybrzeża Ekwadoru. Ostatnimi laty widziano je nawet u wybrzeża Kostaryki. Potężne ssaki o imponującym wymiarach 16 m i 40 ton przybywają w czerwcu, odpływają we wrześniu. Na stałe natomiast zamieszkują wybrzeże Ekwadoru delfiny, w pobliżu Playas de Villamil i okazjonalnie spotykane są w innych miejscach wybrzeża.

Zapotal i inne wioski w prowincji Santa Elena słyną z przygotowywania koźliny. Z Pedro idziemy na koźlinę. Czuję już przesyt ryżem i do tej pory nie mogę znieść, gdy do soków owocowych dodają cukru.

W skate parku do syna Piscili podchodzi Kolumbijczyk: - Pożyczę ci 3 tys. dolarów, za 2 lata oddasz mi tyle samo, chcę tylko, by pieniądze były w ruchu. W ten sposób Kolumbijczycy wyrabiają sobie famę praczy narkotykowych pieniędzy. Wielu z nich, mieszkających w Ekwadorze prowadzi drobne agencje pożyczkowe lub inwestuje w budownictwo pustych apartamentów.

Espol w Guayaquil, obok Uniwersytetu San Francisco w Quito, jest jedną z najlepszych wyższych uczelni w Ekwadorze. Studiuje tam córka Piscili. Mieszka na miejscu, więc nie musi wydawać na wynajmowanie mieszkania, ale jej koleżanki z odległych części kraju, borykają się nieraz z ogromnymi problemami finansowymi. Dwie dziewczyny z Ibarry, by móc dalej studiować po śmierci ojca, sprzedały komórki jajowe.

Zielone miasto niebieskich krabów czyli życie w rytmie marimbe i salsy



Stoję przy wąskim betonowym kuchennym blatem. Po nogach gryzą mnie komary, rozpruwam małe krewetki, by wyciągnąć z nich to co wydalają. Za mną lodówka, szuflady i mała szafa wypeniona ubraniami. Wokół leży pranie i poustawianych jest mnóstwo rzeczy należących do pięcio osobowej rodziny żyjącej na niewielkiej przestrzeni. Po ścianach z surowych pustaków zwisają połączone w pęki liczne kable elektryczne. Na podłodze nierówna cementowa wylewka.

W mieszkaniu głośno rozbrzmiewa salsa. Panuje gorąca rodzinna atmosfera. Duży głośnik na USB  jest w każdym domu. Może brakować wszystkiego, ale nie może zabraknąć muzyki. Esmeraldas słynie z marimby i salsy. Jest siostrzanym miastem kolumbijskiego Cali, gdzie salsę wzniesiono na szczyty mistrzostwa. Ludzie często kupują sobie congas, timbales, guiro, bongos, claves, maracasy, by siadać przed domem lub gdziekolwiek i wystukiwać rytm salsy. ¿Te aburres? Salsa. ¿Estás mal? Salsa. ¿Estás bien? Salsa.¿Estás escuchando Salsa? ¡Sube el volumen!
Moczymy i płuczemy krewetki w soku z limonek. Smażymy cebulę, paprykę i pomidory, dodajemy achiote (annato -pomarańczowoczerwony barwnik terpenowy z nasion drzewa tropikalnego arnoty właściwej) i krewetki, smażymy ok. 20 min, dodajemy ryż. Powstaje kolorowy ryż z krewetkami.

Jemy słuchając salsy. Rozmawiamy, tzn. krzyczymy słuchając salsy. Dom rozbrzmiewa muzyką, śmiechem, śpiewem, przebijającymi się w ogólnym hałasie głosami. Bo tak wyglądają rodzinne spotkania.

I tak wygląda obecnie 5 sierpnia w prowincji Esmeraldas. Dzień ten związany jest z wydarzeniami 4 sierpnia 1820 r. Doszło wówczas do bitwy w mieście Rio Verde, kiedy grupa patriotów zdecydowała się położyć kres rządowi reprezentującemu hiszpańską kolonię. Walka zakończyła się następnego dnia w miejscu dzisiejszego miasta Esmeraldas. By uczcić pamięć poległych i walczących wolność - 5 sierpnia jest Dniem Niepodległości w prowincji Esmeraldas.

Once upon a time północne wybrzeże Ekwadoru zamieszkiwali nieliczni są już dziś Indianie Chachi mówiący językiem cha’palaa zamieszkujący obecnie kantony Eloy Alfaro, San Lorenzo, Rioverde, Muisne i Quinindé; Indianie Epera, którzy mówią językiem sia pedee i zamieszkują rolnicze tereny świeckiej parafii Borbón oraz Indianie Awa mówiący językiem awapit, ich nieliczni potromkowie mieszkają w prowincjach: Esmeraldas Carchi i Imbabura.
Indianie żyli spokojnie na żyznych ziemiach, gdy pewnego razu zmierzający do Peru statek z afrykańskimi niewolnikami z powodu złej pogody musiał przybić do brzegu. Przymusowe spotkanie hiszpańskich kolonizatorów wiozących niewolników i miejscową ludnością nie obyło się bez walk, by później przejść nad nimi do zawierania mieszanych małżeństw i obecnie wspólnego świętowania, bo tal vez escuchar Salsa no te borre los problemas, pero te robará una sonrisa por mucho que no quieras.
Dwa tygodnie poprzedzające Dzień Niepodległości wypełnione są różnymi imprezami. Przyjeżdżam w piątek wieczorem i na miejskiej plaży wraz z zachodem słońca rozpoczyna się  Salsa od słońca do słońca, czyli od zachodu do wschodu - koncert salsy z udziałem ekwadorskich i zagranicznych wykonawców. Następnego dnia ma miejsce festival platanów, które obok kokosów są najważniejszym wyznacznikiem esmeraldeńskiej kuchni.

Andrea wyjmuje 2 długie spódnice z koła wiązane w pasie oraz chustki na głowę i uczy mnie kroków marimby. Jeszczre kilka lat temu całonocny koncert rozbrzmiewał w rytmie marimbe, tańca pochodzącego od afrykańskich przybyszów. Mieszkańcy wspominają z sentymentem te koncerty, bo ich krew na pierwszym miejscu płynie w rytmie marimby, dopiero później salsy. Marimba dominuje na zamykającym świąteczne obchody pochodzie. Biorą w nim udział szkolne zespoły kantonu, które tańcząc przemierzają główne ulice miasta i oczywiście grają na marimbie, bo tak też nazywa się towarzyszący tańcowi instrument.

Nazwa miasta dosłownie oznacza smaragdy. Kolor tych wydobywanych tu niegdyś kamieni symbolizuje wodę, żyzność, siły witalne. Dla Indian, podobnie jak inne drogocenne kamienie i metale, miały one znaczenie religijne. Przybycie kolonizatorów przyniosło koniec ich duchowego i symbolicznego pierwowzoru oraz początek kupieckiego i monetarnego wizerunku. Prowincja tonie w zieleni, jest pełna zielonych wzgórz, przecinających je wodospadów i meandrujących pomiędzy rzek. Krajobraz ten stopniowo przekształca się w gęstą dżunglę pokrywającą kolumbijsie wybrzeże Pacyfiku. Przez Mataje można dojechać do Kolumbii, ze strony ekwadorskiej jest wybudowana droga i most, który kończy się w dżungli po kolumbijskiej stronie. Praktykowany ruch pomiędzy tymi krajami jest z San Lorenzo  łodziami do Puerto Palma, stamtąd camionetą lub chivą do Embili, dalej łódką przez rzekę Mira i autobusem do Tumaco. Generalnie trasa ta nie jest rekomendowana, ze względu na przemyt narkotyków.

Jeszcze 3 lata temu miejska plaża była po prostu plażą, odgrodzoną od miasta wzgórzem. Teraz ją zabudowano. Powstała obszerna promenada wraz z obszarami zieleni przypominająca liść palmy. Zbudowano ścieżkę rowerową i dwa kompleksy budynków z bazą rekreacyjno-gastronomiczną, mające stanowić zarazem otwarty i zadaszony plac, oferując cień i zarazem emblematyczne obramowanie morza i plaży.  W założeniu mają stać się elementem tożsamości miasta. Fasada jednego z budynków ma tekstylną membranę, która pozwala na jego podświetlenie i projekcję filmów. Budowę ukończono tuż przed trzęsieniem ziemi w 2016 r. Promenada zaczęła gromadzić mieszkańców zwłaszcza wieczorami, oferując różne atrakcje i rozrywki.

 W sobotni wieczór była tu również Alejandra z przyjaciółmi i z rowerami. Nagle wszystko zaczęło falować wokół. Usiedli i myśleli to samo - jaki silny wstrząs. Podobne zdarzają się w Ekwadorze, zwłaszcza w okolicach kwietnia, ale ten był wyjątkowo silny. Zgasło oświetlenie. Ludzie w popłochu i chaosie zaczęli uciekać. Zjawiła się policja i kazała im iść do domu, informując że mamy właśnie trzęsienie ziemi. Słowo to wstrząsnęło nimi, każdy zaczął myśleć o swojej rodzinie i szukać najmniej zatłoczonej drogi do domu. 

Na szczycie jednego ze wzgórz znajdujących się na terenie miasta jest uniwersytet katolicki. Rozciąga się stamtąd przepiękny widok na ujściecie rzeki Esmeraldas do oceanu i Wyspę Luis Vargas Torres. Takie samo imię nosi pobliskie lotnisko. Bierzemy rowery i pedałujemy tam z Alejandrą. U ujścia rzeki, na jednym z brzegów rozłożyła się wioska Tachina. Brzegi rzeki są porośnięte lasem namorzynowym, który jest domem krabów. Te z esmeraldas są błękitne Cardisoma crassum. Wracamy poprez port rybacki. Jest niedzielne popołudnie, więc ruch tu niewielki. Pozostały do przetransportowania poprzecinane na pół ryby-miecze (Xiphias gladius). Na molo nieliczne pelikany. Jeden nabierają pełny dziób wody z dużym kawałkiem ryby właśnie wrzuconym do wody przez rybaka. Rozszerza się jego wór, który ma pod dziobem, odcedza pokarm, wypluwając wodę.


Inti Raymi u stóp ojca Imbabury


Cayambe – szerokość geograficzna 0

Jest 21 czerwca, roztańczony pochód przechodzi ulicami Cayambe. Mężczyźni w czerwonych kapeluszach, czerwonych ponczach, białych spodniach, espadrylach. Kobiety w drobno plisowanych spódnicach w różnych kolorach, które współgrają z haftem bluzek i kapelusza. We włosach mają wstążki. To uczniowie i studenci w tradycyjnych strojach, z tańcem i śpiewem, pociągając za sobą mieszkańców miasta i turystów, idą na święte, według tradycji miejscowych Indian, wzgórze Puntiatzil.

Zespoły taneczno-muzyczne tańczą do muzyki gitar, bandolin i fletni. W odróżnieniu od innych miejsc w północnym rejonie ekwadorskich Andów, imprezy w Cayambe charakteryzują się śpiewem kupletów przez kobiety, które są adresowane do mężczyzn. W innych regionach jest odwrotnie. Kuplety (coplas) to czterowersowe poetyckie kompozycje rymowane, przeznaczone do śpiewania, mają wymowę satyryczną. Dyrygujący poszczególnymi zepołami są przebrani za postać diabła Humy, inaczej Diablumy, którego pomnik stoi na rynku przed kościołem. Cayambe leży niemal na równiku i symboliczny glob, na którym na którym stoi Diabluma wygląda jakby diabeł chciał chciał stopę wetknac dokładnie w środek świata i zamieszać. 

Diabluma ma 2 twarze, jedną z przodu, drugą z tyłu, dzięki czemu nigdy nie jest odwrócony tyłem do swojego bóstwa. Jego postać ma duże uszy i nos oraz sterczące włosy. Stąd w górnej części maski Diablumy, którą noszą tancerze, znajduje się 12 sterczących wypustków. Reprezentują one węże, które symbolizują pradawną mądrość andyjską.

W ręku nosi bicz lub laskę do odstraszania niechcianych duchów, które wędrują po ziemi. W lewej ręce trzyma wypchanego kota, jako symbol uzurpátora, tego, który ukradł ziemię, ku   przestrodze, by nikt nie był taki jak konkwistadorzy. Stopy Diablumy pokryte są futrem, pięty ma z przodu, a palce z tyłu.

Nosi białą lub kolorową koszulę i białe spodnie. W talii przewiązany jest fahą w różnych kolorach i nosi zamarros. Żywe kolory stroju symbolizują andyjską flagę (wipala). Według tradycji diabeł Huma (nazywany też Haya Huma) jest uważany za przewodnika lub doradcę społeczności i reprezentuje przywódcę i wojownika, posiadacza życiowej energii.

Na wzgórzu Puntiatzil, będącym ruinami piramidy, jest ułożony krąg z owoców i płatków kwiatów. Pośrodku zatknięta jest wiphala, kwadratowa flaga andyjska, składa się z kwadracików o 7 kolorach. Kompozycja stanowi tzw. ofiarny stół do odprawienia ceremonii Inti Raymi.

Cały czas żarzy się węgiel drzewny polany aromatyczną żywicą kopal. Służy do obrodu oczyszczania. Wystarczy przesunąć kapelusz kolistym ruchem nad dymem, by go nim „napełnić“ i nałożyć na głowę.

Sobotni pochód w Cayambe, odbywa się pod znakiem róż. Region charakteryzuje się farmami kwiatów, głównie róż.  Róże z okolic Cayambe i Tabacundo uznaje się za napiękjniejsze na świecie. Mają duże kwiaty o mięsistych płatkach. Stąd też w pochodzie, obok lokalnych grup tanecznych, maszerują właściciele hacjend, los chagra na swoich koniach. Zdecydowana większość produkcji jest eksportowana za granit, bardzo dużo do Rosji. Ekwadorczycy nie mają zwyczaju darowania kwiatów. Kwaciarnie w tym kraju są w liczbie śladowej. Kwiatów używa się głównie do wiązanek pogrzebowych.

Imprezy związanez Inti Raymi w Cayambe połączą się z obchodami św, Jana i św. Piotra i potrwają do 9 lipca. 

Wracam stopem do Otavalo. Zatrzymuje się taksówkarz jeżdżacy kamionetą, (popularne taksówki operujące między miastem, a otaczającymi go wioskami). Rozmawiamy o odbywających się w tym regionie Andów imprezach poświęconych słońcu. Zbliżamy się do jeziora św. Pawła, w oddali widać jego taflę, błyszczącą dokładnie u stóp wulkanu Imbabura, by mógł się w nim przeglądać. Jesteśmy na wysokości osady Gonzales Suares i kierowca mówi mi, że dzisiaj o 17.00  tutaj też mają imprezę wraz w wręczaniem tzw. bukietów kogutów. Robią to właśnie w wigilię sw. Jana.

Bukiet kogutów - Gonzales Suares



W ostatniej chwili decyduję się pojechać do Gonzales Suares. Zbliża się godzina 16.00 i jestem w Cotacachi. Wychodzę na wylotówkę, ale samochody tylko mnie mijają , nie reagując na wyciągnięty kciuk. Zatrzymuje się Juana, jedzie do Quito, więc może mnie wysadzić obok jeziora na wysokości osady. Doskonale wie, gdzie to jest, bo jej babcia stamtąd pochodzi.

Przed godzina 17-tą schodzę do wioski. Spotykam grupę meżczyzn i kobiet, niosą koguta za nogi. Ma je związane i zwisa głową w dół. Idą do domu priosty, czyli odpowiedzialnej za organizację tego święta wśród sąsiadów. Zebrali się już wszyscy, więc wychodzą na ulicę i zaczynają tańczyć sanjuanito. Noszą stroje typowe dla sąsiedniego cantonu, Cayambe. Mężczyźni przygrywają na gitarach i fletach. Kobiety polewają canelaso - mocny swojski alkohol przygotowywany z cynamonem. Formują taneczny pochód, tańcząc przechodzą główną ulicą, mijają centrum, gdzie zgromadzeni widzowie czekają na punkt kulminacyjnuy imprezy. Łączą się z innymi grupami, nadchodzącymi z różnych stron i wspólnie, wymachując od czasu do czasu kogutami, kierują się do centrum. Muzyka poszczegolnych zespołów miesza się ze sobą, zwłaszcza, że niektóre grupy odtwarzają ją z głośników umieszczonych na jadących przed nimi samochodach.

Nikt nie kieruje ruchem samochodów. Gdy napotkają roztańczony pochód, po prostu muszą stać i czekać, aż zwolni sie droga. Nie ma objazdów, bo przez wieś prowadzi jedna droga.
Tradycją pielęgnowaną przez osady wzdłuż jeziora San Pablo jest wręczanie tzw. bukietów albo gałęzi kogutów z okazji Inti Raymi. Polega to na tym, że koś otrzymuje w danym roku koguta i po roku, w następne święto słońca, musi wręczyć sztuk 12 zarządowi wioski.

Zwyczaj wywodzi się z dawnych obrzędó na cześć andyjskich bóstwa, obrazuje pomyślność osiąganą dzięki płodności matki ziemi.

Strażnicy wodospadów - Peguche



Rankiem 22 czerwca, na placu w Peguche, dzieci ustawiają się do pochodu. Dziewczynki ubrane są w tradycyjne anako, haftowane bluská i faczaliny. Chłopcy w białe koszule i spodnie, mają piekne długie warkocze. Razem idą do szkoły. Niosą tzw. zamek z owoców, ustawiają go na szkolnym placu. Przed nim ułożony jest ofiarny "stół".

Tayta y Mama, (w języku kichua oznacza ojca i matkę, oznacza też lokalnych mędrców, przedstawicieli starszyzny), składają podziękowanie matce ziemi. Podnoszą każdy przedmiot i obchodzą z nim dookoła. W swoich przemówieniach dziękują pracującym na roli dziadkom i rodzicom i podkreślają jak ważne jest, by uczyć dzieci tej pracy, np. robić cziczę (napój z kukurydzy), bo jeśli nie, to zostanie nam tylko coca-cola. Musimy szanować i  uprawiać ziemię, czerpać z niej jak należy, to ona nas będzie żywić. Bez tego jesteśmy pasożytami na ziemi. Następnie wkłądają produkty do symbilicznej dziury, wlewają też cziczę i wkładają copalerę, naczynie, w którym palony był węgiel z żywicą. Na koniec ma miejsce poczęstunek. Matki w swoich chustach przyniosły ryż z fasolą i prażoną kukurydzą. Po posiłku kobiety krążą z wiadrami i serwują chiczę.
W południe od dźwięku churo, instrumentu z muszli spondylus, zaczyna się ceremonia na głównym placu wioski. Na środku leży już kompozycja z kwiatów i owoców jako stół ofiarny. Ma kształ koła podzielonego na 4 części (4 żywioły). Na środku stoi tayta, któremu towarzyszą muzycy. Tradycyjny strój mężczyzn regionu to białe spodnie i espadryle, granatowe ponczo i biały kapelusz. Dodatkiem są długie włosy zaplecione w warkocz.

Szaman dokonuje rytualnego oczyszczenia wodą. Obrzędowi poddana jest ekipa towaryzsyca pryewodnicycej parlamentu. Po kolei stają przed szamanem i rozładają ramiona. Curandelo nabiera wody w usta i spluwa na oczyszczanego. Następie bierze gałęzie pokrzywy i zaczynając od głowy omiata nimi ciało, przepędza w ten sposób złe moce.

Po rytuale oczyszczenia, tańczą w kole taniec Inti Raymi na cześć boga słońce. Wszystkim gościom serwowany jest obiad. Wieczorem zaczną się tańce, które mogą potrwać do świtu.

Minionej nocy kąpali się w znajdujących się za wsią wodospadach. Indianie mieszkujący w okolicach Otavalo i Cotacachi uznają za święte wszelkie źródła wody, wodospady i rzeki. Służą one do odprawiania rytuałów. Rytualnych kąpieli dokonują co roku nocą, między 21-24 czerwca. Taka kąpiel oddala złą energię nagromadzoną w ciągu roku i dodaje sił, pozytywnej energii i wigoru w codziennym życiu.

Do wodospadu prowadzi malownicza ścieżka z niewysokim omszałym murem z obu jej stron. Po drodze mijam tzw. drzewo płodności, gdy się je obejmie, zapewni dobrobyt i płodność. Poznany we wsi Jorge zachwyca się okolicznym lasem, opowiada jakie zwierzęta tam można spotkać – są wśród nich: płazy, gady, zające, lisy, łasice, kolibry, jaskółki. Poza tym drzewa, którym przypisuje się właściwości lecznicze, np. myrtus communis, (poroton) – o jadalnych liściach i nasionach, ponadto quishuar – święte drzewo Inków i cholan- cudownie żółto kwitnący.

 

W okolicy znajdują się ruiny młyna przwdopodobnie z XVII w. i tzw. muzyczny kamień. Legenda mówi, że gdy w noc Inti Raymi pozostawi się na nim instrument, rano będzie nastrojony. Pamiątką przeszłości jest też kamienny kalendarz słoneczny, który służył do wskazywania pór zbiorów i przygotowania ziemi oraz termalno-mineralne baseny, zwane basenami inki, chociaż wybudowane w XVII w.

Jorge opowiada mi o indiańskich odpłatnych rytuałach medycznych, jakie wykonywane są w niektórych społecznościach. Wykorzystują do nich silny halucynogen - ayawaskę oraz lżejży - kaktus san pedro.


Boksujący ziemię - Cotacachi


Jest 4:00 rano 22 czerwca, przyjeżdża po nas Antonio. Z Bladim i Frankiem zabieramy po drodze jeszcze kilkoro znajomych i jedziemy nad strumyk za miastem. Księżyc już zaszedł, świecimy sobie oczami i latarką z jednego telefonu. Chcemy dojść do źródła strumienia, ale jest ono zajęte przez mieszkającą w pobliżu kobietę, która pierze i przy okazji się kąpie, jest naga. Schodzimy trochę niżej gdzie łączą się dwa potoki. 

- To bardzo dobre miejsce – mówi Sulema – tam gdzie łączą sie dwie wody, jest mocniejsza energia.
-  To nasz indiański zwyczaj - mówi Antonio. - Nasi przodkowie czcili słońce i całą przyrodę. Dzisiaj jest specjalny dzie
ń, kiedy ziemia robi zwrot i wydziela niezwykłą energię. To dla nas dzień podziękowań dla matki ziemi za płody jakimi nas obdarowuje. Ziemia rodzi wszystko, co człowiek potrzebuje. Woda to krew ziemi. Dlatego ma dla nas szczególne znaczenie. Nasí dziadkowie i ich dziadkowie, kąpali się zawsze w noc Inti Raymi, żeby zregenerować siły witalne.

Musimy złożyć ofiarę matce ziemi. Sulema przyniosła kawałek kurczaka, gotowane ziemniaki, fioletową kukurydzę, jabłka. Każdy musí usszczypnąć po kawałku wszystkiego i wypowiada swoje podziękowania oraz prośby. Wszyscy w kiczua, ja po polsku. Wygrzebaliśmy obok drzewa niewielką jamę i tam wkładamy jedzenie. 

 Antonio jest wśród nas tym, który dokonuje rytualnego obmycia wszystkich po kolei. Używa gałęzi tzw. rośliny mydlanej (zamiast pokrzywy), jej liście, po zgnieceniu, a zwłaszcza nasiona, wydzielaja lekką pianę. Pierwszy wchodzi do wody po kolana, Carlos. Antonio przykłada gałęzie do jego głowy, następnie moczy je i omiatającymi ruchami lekko biczuje całe ciało. Następnie każe mu splunać na gałązie, których używał i je wyrzuca. Teraz Carlos ma się sam „namydlić“ liśćmi i spłukać nabierając wody do naczynia. Kobiety wchodzą na końcu, w przeciwieństwie do mężczyzn, stoją spokojnie, nie szczękają zębami z zimna. Do kąpieli używają wewnętrznego anako (rodzaj spódnicy używanej przez Indianki w ekwadorskich Andach, prostokątny duży płat materiału, który w odpowiedni sposób owija się wokół talii. Anako jest podwójny, wewnętrzny jasny i zewnętrzny ciemny). Po obrzędzie jedziemy jeść, czekają na nas: gotowane ziarna choclo i bobu, mięso, ser.

Wieczorem wracam znów do Cotacachi. Wita mnie Silvia z narzeczonym Jeffersonem i znikają na chwilę na targowisku. Wracają z zamarros i dwoma ogromnymi kapeluszami. - To na jutro, jeden dla mnie, drugi dla mojego wujka, bo będziemy tańczyć z innymi mężczyznami – mówi Jefferson – zabaczysz wszystko jutro – dodaje. Wsiada do taksówki i wraca do swojej wioski. A my z Silvią, Ester i kurczakiem na kolację do swojej.

Święta Barbara - pokojowa osada


Piątkowy wieczór. We wsi słychać muzykę. Grupa chłopców i mężczyzn, tańcząc, chodzi od domu do domu. Wszędzie tańczą, śpiewają i czekają na poczęstunek. Mogą wejść w każdymmomencie, do każdego domu, bez pozwolenia czy zaproszenia i jest to zaszczyt dla gospodarzy. Nad płynącym przez osadę potokiem, o północy zgromadziła się spora cześć mieszkańców. Na brzegu ułożony jest „stół“ ofiarny z owoców i płatków kwiatów. Zaczynają odprawiać dziekczynny rytuał na cześć boga słońca. W jego trakcie pojawia się znak krzyża, czytany jest też fragment evangelii w języku kiczua. Poza tym dokonując oczyszczenia czy to dymem czy wodą, zaczynając ruchem w górę na wysokość głowy, następnie, poprzez klatke pieriową, wzdłu rozpostartych ramion. W wypowiadanych słowach oprócz podziękowań na cześć matki ziemi, są podziękowania za wspólnotę i jedność osady, za wspólną pracę i świętowanie. Dał się słyszeć głos smutku, że młodzi, którzy wyjeżdżają do miast studiować, przestaja się interesować sprawami wspólnoty i zarzucają tracycje.

Teraz zakopują jedzenie w ofierze. Każdy z przedstawicieli bierze kawałek z każdego produktu i wklada do przygotowanej dziury. Przechodzą do rytualnych kąpieli w celu oczyszczenia i zregenerowania sił witalnych. Rozebrani, cierpliwie stoją w kolejce, w temperaturze kilku stopni. Na zregenerowanych czeka gorąca zupa gotowana w kotle przez kobiety i gorące kanelaso. Meżczyźni tanecznym krokiem będą krążyć po wsi do 3. nad ranem.

Jest bardzo zimno, w domu też. Indianie andyjscy są przyzwyczajeni, ja nie. Rano czekam aż słońce wzejdzie wyżej. Skończyła się pora deszczowa i mimo epoki chłodnych wiatrów, słońće w górach świeci niemal codziennie. Luz Maria przygotowała śniadanie. W trakcie rozmawiamy o weselnych zwyczajach. Gdy młodzi już jakiś czas są razem, rodzice przychodzą do domu dziewczyny i omawiają ślub. Rodzice chrzestni kupują narzeczonym weselne stroje. Zaproszeni goście przyjeżdżają z prezentami. Są to rzeczy potrzebne w domu.

Wybieramy się do Cotacachi zobaczyć główny punkt świętojańskich obchodów, tańce mężczyzn na placu, ale mamy problem co na siebie włożyć. Wiadomo, że bluzkę, anako, fahę i faczalinę, ale haftowanych bluzek dziewczyny mają pół szafy. Gdy uporałyśmy się z ich wyborem, musimy wybrać kolor anako, czarny czy niebieski, a może granatowy i jaką do tego faczalinę, w tym samym kolorze czy inną, która pasuje do koloru haftów. Jaką fahę i jaką tasiemkę do włosów? Czas na biżuterię. Jaką kolię, kolczyki i bransoletki? Tylko z butami nie ma problemu, tzw. indiańskie espadryle, dziś w większości podeszwę mają gumową, taka wersja jest o wiele tańsza. Nie mają zapięcia, w przygotowane haftki wkłada się i zawiązuje nitkę.

W niedzielę przed południem z osad otaczających Cotacachi schodzą na główny plac miasta tańczące grupy mężczyzn i towarzyszące im kobiety z jedzeniem i cziczą. Mężczyźni noszą wysokie kapelusze z bardzo szerokim rondem i zamarros. Tak wygląda typowy tancerz z rgionu Cotacachi. Policja otacza i eskortuje każda grupę. Tańczą w kółko wokół placu. Na każdym z czterech rogów zataczają dodatkowe koła. Wspomagają się instrumentami: churo, fletnie, flety, melodiki – używają tylko niewielkich rozmarami instrumentów, by nie utrudniały tańca, który jest agresywniejszy w porównaniu z innymi rejonami Andów. Poszczególne zespoły pooddzielane są kordonem policji, by zapobiec wypadkom z poprzednich lat, kiedy to pod wpływem alkoholu, tancerze z różnych osad zaczynali się bić. Były też ofiary śmiertelne. Grupa z naszej osady wyróżnia sie na tle innych, nie noszą ogromnych kapeluszy, bo twierdzą, że są niewygodne, obszerne ronda często o coś zahaczają i mówi się, że to najbardziej pokojowa wioska w okolicy. Nigdy się nie biją.

Z każdą popołudniową godziną atmosfera gęstnieje, tancerze niestrudzenie zapatean, czyli mocno uderzają stopami w ziemię w rytm muzykim jakby boksowali ziemię nogami. Z nastaniem zmroku wracają do swoich osad. Jutro znów w południe zejdą do centrum Cotacachi wystukiwać rytm sanjuanito - andyjskiego tańca z rejonu Ekwadoru. W ten symboliczny sposób starają się utrzymać matkę ziemię obudzoną, by przyjęła składane jej w tych dniach ofiary.

W ten sposób Cotacachi obchodzi sw. Jana w połączeniu z Inti Raymi. W kolejny weekend tym samym tańcem będzie świętować sw. Piotra. Tańce rozpoczną się w wioskach w czwartkową noc. W piątek i sobotę meżczyźni znów będą wystukiwać nogami ten sam rytm w centrum miasta. Dlaczego tańczą tylko meżczyźni? Taka jest tradycja. Kobiety też mają swój dzień, ostatní dzień imprezy, będą tańczyć w niedzielę. Tak samo tańczą w stolicy prowincji Ibarrze. W całej prowincji Imbabura poniedziałek po sw. Janie jest dniem wolnym.


Poniedziałkowy poranek w Cotacachi świeci pustkami. Sprzątający uparali się z toną śmieci pozostawionych na placu. Maszeruję w stronę panamericany. Dopiero po godzinie siódmej zaczyna sie jakikolwiek ruch. Zatrzymuje się Luis Gonzalo. Na wieść, że jestem z Polski, mówi po polsku „dzień dobry“ i „dziękuję“. Jest muzykiem, przez kilka lat mieszkał w Europie i grał na ulicach. Minęło już 20 lat od jego pobytu w Polsce, tyle słów udało mi się zachować w pamięci.
                                  


Boże Ciało


Na głowie dekoracja sięgająca metra. Wielka czapa przyozdobiona mnóstwem elementów. Białe szerokie szaty również błyszczą od świecidełek, lusterek, kolorowych wstążek. Na piesiach, plecach i od pada w dół zwisają ozdobne elmenty niczym tarcze.  To danzarin, czyli tancerz z kantonu Pujili w górskiej prowincji Cotopaxi.
Ciche, spokojne miejsce, którego ekonomia oparta jest na rolnictwie i hodowli bydła, w okresie Bożego Ciała, na 8 dni zmienia się w barwny festival folklorystyczny, jakim jest Oktawa Bożego Ciała. Imprezę uznano w 2001 roku za niematerialne dziedzictwo kulturowe Ekwadoru. Towarzyszą jej wydarzenia artystyczne, sportowe, kulturalne, gastronomiczne, eucharystyczne i rozrywki dla rodzin. Główne ulice miasta stają się miejscem widowiskowych tanecznych pochodów w tradycyjnych strojach. Temu wszystkiemu towarzyszy również festiwal walki byków z udziałem dzieci i młodzieży ze szkoły walk byków.
Oktawa Bożego Ciała w Pujili jest mieszanką chcrześcijańskiego Bożego Ciała, które ma rodowód europejski ze starożytnumi miejscowym wierzeniami Inti Raymi, w kasie którego miejscowa ludność zawsze składała podziękowania bożkom za obfitość natury i pomyślne zbiory. Z czasem Pujili przekształcilo sie w stolicę tancerzy i kultury Indian Ecuadoru.
W głównej folklorystycznej paradzie Oktawy Bożego Ciała. Tancerze z całego kraju pokazują swoje umiejętności i walczą o złotą, srebrną i brązową stauetkę danzarina. Poszczególne prowincje czy kantony prezentują się w swoich tradycyjnych strojach, a ich tańce zawierają elementy charakterystyczne swoich regionów. W ten sposób zapewniają niezwykle bogaty przegląd folklorystyczny i kulturalny całego kraju. Przyjeżdżają tez zespoły z innych krajów Ameryki Łacińskiej, które występuja poza konkursem.
Grupy folklorystyczne z Pujili wyróżniają się postacią "El Danzante", a towarzyszące im kobiety tancerki noszą falbaniaste spódnice z mnóstwem ozdób we włosach z licznymi wstążkami na czele (uosabiającymi deszcz). Stroje są pełne koronek, dzwonków, głów z pióropuszami, lustrem i biżuterią. Mają symbolizować dobroć i hojność jako przejaw kultury tubylczej od czasów starożytnych. Tancerze tańczą w rytm andyjskich fletów i bębnów. Ich taniec sięga tradycją do tańca inkaskich wojowników.
Grupom tanecznym towarzyszą burmistrz, muzycy oraz krewni i znajomi. Szefem jest tzw. prioste, który organizuje w danym roku reprezentacyjną grupę i pokrywa jej wydatki. Poszczególne delegacje niosą w pochodce symboliczny element, jako insygnio priostazo, cylindryczny i srebrny obiekt. Składa sie z półksiężyca i krzyża ozdobionych kamieniami szlachetnymi, muszlami i wielobarwnymi wstążkami, koronkami.
W XV w. region był zamieszkały przez natywnych mieszkańców panzaleos, którzy zostali podbici przez Inków. Tradycja Oktawy sięga dawnych czasów, gdy przodkowie z okolicznych osad i społeczności położonych w górach przybywali do centrum Pujili i tańczyli. Wśród nich były kluczowe postacie: prioste, mam-taniec, tancerze i inni towarzyszący. W drogę wybierali się zawsze z puro z trzciny cukrowej, jedzeniem i owocami, byli goszczeni w domach przez wiernych.
Ostani dzień Oktawy upływa pod znakiem tzw. zamków i ogrodów. W zamykającym obchody Oktawy Bożego Ciała pochodzie uczestniczą wyłącznie zespoły z kantonu Pujili. Kierują się w stronę placu przystrojonego owocami i warzywami. Ponadto na wysokich, kilkumetrowych palach umieszcone są różne przedmioty do zdobycia przez tego, kto zdoła się tam wspiąć.  
Obchody Oktawy Bożego Ciała w Pujili to wydarzenie podkreślające tradycję i kulturową tożsamość kraju. Religijne świętowanie połączone z pogańskimi tradycjami, ich wartościami kulturowymi i folklorystycznymi przekształciły je w niematerialne dziedzictwo kulturowe narodu i dzisiaj najlepiej wyraża kulturę Indian ekwadorskich Andów.


   





Niech żyje Najświętsze Serce Pana Jezusa


 W czerwcu parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzi swoje święto patronalne trwające 9 dni. Rozpoczya się uroczystą paradą głównymi ulicami miasta wśród okrzyków: "Niech żyje Najświętsze Serce Pana Jezusa"


Niedziela Palmowa


 Liście palm, zapach i rumianku i przede wszystkim rozmarynu, czyli Niedziela Palnowa w Ventanas.



Na plażę

Budzi mnie potężny hałas. Tony wody spadającej z nieba w gwałtownym tempie spotkały na swojej drodze metalowy dach mojego domu. Wiatr, który zawsze omija Ventanas z daleka, tym razem bierze za rękę strugi deszczu i wprowadza je śmiało do otwartego salonu. Przy okazji podrywa z miejsca wszystkie lżejsze przedmioty. Jest koniec kwietnia i deszcz nadrabia zaległości, aby przysłowiu abril - aguas mi stało się zadość.

Tegoroczny kwiecień w prowincji Los Rios był wyjątkowo suchy. Padało tylko na początku miesiąca, później miał miejsce 1 wstrząs – nasi ojcowie mówili, że to na zmianę pogody – mówią mieszkańcy. I rzeczywiście po deszcach nastąpiły same słoneczne dni. Po tygodniu miał miejsce kolejny wstrząs i słońce zaczęło jeszcze mocniej grzać.

Czekam, aż woda wyleje się z nieba i wychodzę na drogę i zatrzymuję pierwszego przejeżdżającego tira. Zostawia mnie na obwodnicy Quevedo. Do Empalme zabiera mnie zarabiający na lewo, ciekawy świata taksówkarz. Po chwili, jadąc z klientem,  zabiera mnie dalej do skrzyżowania z Limon, gdzie jest rzeka i można się odświeżyć. Naprawdę jest gorąco i dstoję prawie godzinę w małej wiosce, przez którą przejeżdżają głównie bagażowe taksówki.

Nadjeżdża zdezelowany tir. Drzwi od strony pasażera nie otwierają się. Po drodze kierowca zaprasza mnie na obiad. Droga to się wspina, to znów opada, jeden ze zjazdów nosi nazwę wielka plama, mancha grande i pochodzi od wielkiej plamy krwi, po wypadku dwóch autobusów, gdy wszyscy pasażerowie zginęli. Wjeżdżamy do Montecristi i z daleka widzę znajome muzealne miasteczko Cudad Alfaro i nieco niżej kościół. Wydaje mi się inna. Pamiętam ją jakostrzelistą, teraz złamana wpół, zwieńczona balkonem. Cała reszta nie wytzymała tzęsienia ziemi w 2016 r. W kościele znajduje sie cudowny obraz Dziewicy Maryi, do którego co roku w listopadzie ściągają pielgrzmki w podzięce za otrzymane łaski i z prośba o wysłuchanie modlitw. Do manty zabiera mnie małżeństwo z małym dzieckiem. Usłyszwszy, że z Polski, nieśmiało zagadują czy mogą zadać niedyskretne pytanie. Czy moja rodzina ucierpiała w czasie drugiej wojny światowej. 

Ameryka Południwa współcześnie cieszy się pokojem i wojny są czymś, co znaują z filmów. Wywołuje to ciekawość jak wygląda życie po wojnie czy też jak wyglądało w jej trakcie.
Wiele zakładów fryzjerskich jest prowadzonych przez dziewczyny trans, tam też często znajdują zatrudnienie. Pytam Nanny dlaczego tak jest. skazane na zawody dla kobiet  wykonywane w zamknięciu. Fryzjerki, kucharki, prostytutki.

Nanny mieszka na obrzeżach Manty w nowej ciudadeli powstałej po trzęsieniu ziemi. Takich osiedli powstało kilka. Przesiedlono tam trych, którzy stracili swoje domy w centrum.
Manta była osadą kultury Manteña na przestrzeni tysiąca lat 500 – 1526 n.e. Rdzenni mieszkańcy tych ziem nazywali utworzaná tu osade Jocay, co w jézyku majów oznacza „dom ryb”. Obecnie Manta jest światową stolicą tuńczyka.

Szeroka i głośna plaża Murcielago, zawsze jest pełna sprzedawców wszystkiego. Argentyńscy i kolumbijscy podrżnicy sprzedają swoje wyroby rękodzielnicze, Wenezuelczycy robią konkurencję Ekwadorczykom w sprzedawaniu jedzenia i picia. Wsiadam na rower z beczką Avena Polaca. 
O wiele spokojniejszą plażą jes Santa Marianita, na południe od Manty. Tuż obok znajduje się urocza La Tiniosa. Spacerujemy bez butów po kamieniach do malowniczych skał, za którymi ukazuje się Santa Marianita. Wspinamy się na urwisko. W oceanie tkwi łuk skalny. Podobny do łuku miłości z Jamy. Popołudniowy przypływ utrudnia powrót. Zalewa też piaszczystą plażę.

Zatrzymuje się Santiago i zabiera mnie do Calcety. Po drodze  częstuje wodą kokosową i gotowanymi orzeszkami ziemnymi. Z Calcety wyjeżdżam bagażową ciężarówką. Kierowca wiezie towar do Quirogi i zostawia mnie prawie w centrum nicości. Stoję na wylocie, są tu 3 domki na krzyż, zagajniki bambusowe na horyzoncie. Przygotowuję sie psychicznie na długie czekanie. Zatrzymuje sie trzeci samochód i mówią, że jada do Quevedo. To się nazywa szczęście. Jadę zupełnie nową dla mnie drogą.  Correa nie zdążył jej juz naprawić. Jest pełna dziur, ale rzeczywiście krótsza. Przed Pichincią wyjeżdżamy na główa drogę. Kupujemy ser. W tej okolicy słynie z tego, że jest naturalny, zawiera mniej soli i wody.

Rodzina, która mnie wiezie zadaje mi pytania co myślę o socjaliźmie i jaki był socjalizm w Polsce. W Ekwadorze jest bardzo dobre dobre wyobrażenie o socjaliźmie. Dlaczego nie ma słynnych ekwadorskich pisarzy, kierowca wymigająco odpowiada, że Ekwadorczycy wciąż nie mają poczucia narodowości.