Sąsiadka iguana



Najmilszą chwilą poranka, było wyjście na taras z kawą i powitanie z iguanami. Mieszkają na migdałowcu. Ich ulubione zajęcia to wylegiwanie się na słońcu i zajadanie się liśćmi. A moje – picie miejscowej kawy i podglądanie sąsiadek. 

Nie pożyczą mi soli ani achiote,  a na mój taras wpełzały nie po to, by pożyczyć cukru czy kilka dolarów na gaz. Robiły kilka zwinnych obrotów, zakręcając w mgnieniu oka ogonem.  I przebiegały slalomem między doniczkami. Nie mam takiej relacji emocjonalnej z ich kuzynkami jaszczurkami, ale muszę je szanować, bo jako mięsożerne zjadają otaczające mnie chmary komarów. I długimi wieczorami rozmawiają ze mną.

Przeżyłam chwilę grozy, że je stracę, gdy przyszli panowie odkażać dom, wyciąć okoliczne trawy nad rzeką i ściąć migdałowca. Wszystko po to, by obronić mnie przed wirusem zika. Jak to ściąć? A moje sąsiadki? Runęło drzewo w połowie. Iguany nie obraziły się. Mniejszy dom, też im odpowiada.

Przebiegłam sporą część świata, także złego świata, wspomnienia z Peru, wciąż mnie prześladują. „Zdziczałam” w dżungli. Opadły wody w rzekach, brzegi naszej rzeki zapełniły się na nowo praczkami. Taras przekształcił się w salon. Tylko u sąsiadek nic się nie zmieniło i jak dawniej wiją się między gałęziami migdałowca. Salon jest otwarty, ale sąsiadki już nie wpełzną,  bo musieli założyć kraty. Mieszkający naprzeciwko szef złodziei w moim mieście, może stracić autorytet u swoich podopiecznych, a wtedy nie oszczędzą jego podopiecznych. Mówił ojciec Jan: I pamiętaj, nie ufaj nikomu w Ameryce Południowej. Sąsiadka potwierdza kiwając głową góra-dół, jak to ma zwyczaju.

Po trzęsieniu ziemi. Wszystko drożeje.

Za nami kilka wstrząsów wtórnych. Nie wyrządziły nowych szkód. Dotknęły tylko już uszkodzone budynki. 40 krajów przysłało pomoc. Ale gdzie ona jest Panie prezydencie? Ofiarom pomagają miejscowe organizacje pozarządowe, które same muszą zabiegać o fundusze. A co robi rząd? Aby zdobyć finanse na walkę ze skutkami trzęsienia ziemi i ofiarom tegoż, od wczoraj mamy wyższe o kilkanaście procent ceny wszystkich produktów. Pan prezydent powiedział, że to jest konieczne i że tylko na rok. Po roku ceny mają spaść - żart roku!

Manta - popękane miasto. Trzęsienie ziemi w Ekwadorze.

Apartamentowiec tuż przy plaży, po kwietniowym trzęsieniu ziemi.
Wpomnienia zostały w kruchych ścianach na 7 piętrze. 
Piątek, 16 kwietnia, dochodzi godzina 19. Franklin gotuje kolację. Lucky, nie odstępuje od jego nóg w nadziei, że jakiś pyszny kąsek jeszcze mu się dostanie tego wieczoru.

Coś wypada z szafki za Franklinem. Po chwili znów. I juznie wie czy on miesza w garnku czy nim ktoś miesza po kuchennej podłodze. Wychodzi na taras i widzi, żw nie tylko ocean, ale i ziemia faluje.

Wybiega na korytarz, bo myśli, że powinien uciekać. Ale nie wie jak, bo schody już się zawaliły.  Wbiega z powrotem do mieszkania, zabiera paszport, psa na ręce, zamyka drzwi na klucz i kombinuje jak dostac sie na dół z 7. piętra. Winda jeszcze dzialała, ale tylko do 2. piętra.

Skacząc po rujnach wydostaje się na ulicę. Wszędzie porozwalane bloki betonu. I widzi cud. Jego samochód jest cały, ani jeden ułamek gruzu nie spadł na niego. Odpala i ucieka gdzie pieprz rośnie.

Tu była klinika

Wraca w poniedziałek rano. Zastaje wywalone drzwi. W innych apartamentach również. Wszystko, co przedstawiało jakaś wartość zniknęło.

Jak zawsze i pod każdą szerokością geograficzną kataklizmy pozbawiają ludzi wszystkiego, zostawiają tylko rozpacz. Ale inni wykorzystują je jako źródło łatwego dorobku.
Budowano o różnym
stopniu wytrzymałości

Galeria handlowa straciła najwyższe partie. W środku odpadło
zaledwie kilka kafli. Najbardziej ucierpiał supermarket spożywczy. Musi przejść gruntowny remont. W pozostałej części galerii tłumy spędzaja niedzielne popołudnie. I nie chcą pamiętać.
Słońca jak zawsze zachodzi pięknie, pomaga leczyć rany, nie myśleć przez chwile o popekanych ścianach, które jeśli jeszcze są, to wkrótce też się zawalą. W niebbie nie ma trzęsień ziemi.

Peru jak podłość

Wjechałam do Peru z otwartym sercem, jak do innych krajów. Pełna ufności i wiary, że wszędzie większość stanowią ludzie dobrzy. Wyjechałam brutalnie obdarta z tego wszystkiego, ze straconą wiarą we wszystkie ludzkie wartości. Oszukana; 3 razy w ciągu 2 miesięcy okradziona ze wszystkiego co miało wartość materialną. Zdradzili ci, którzy udawali przyjaciół. Przeżyłam napad. Żyję…

Łuk miłości, łut szczęścia


W tym kraju nie ma bocianów. Jest mnóstwo pelikanów, ale one w przynoszenie dzieci się nie bawią. Wypatrują tylko ryb w morzu i bacznie obserwują porannych rybaków. Mimo to dzieci nie brakuje. Ogólnoświatowa prawidłowość jest zachowana, im rodzina biedniejsza, tym ma więcej dzieci. W Ameryce Łacińskiej skład rodziny zmienia się bardzo często. Są rodzinni, np. święta lubią spedzać w gronie rodziny i nie lubią, kiedy ktoś obcy im się wtedy plącze po domu. Tylko, że nie zawsze jest to rodzina w powszechnym rozumieniu, właściwym dla Starego Świata, czyli mama, tata i dzieci. Wszędzie na świecie ludzie się rozwodzą. Często ojciec odchodzi od rodziny, albo mama z dziećmi odchodzi od męża.

W Nowym Świecie nie rodzina wydaje się być najważniejsza, ale miłość. Roi się tu od kobiet, które zakochują się i zostawiają męża lub partnera z dziećmi, by cieszyć się nową miłością. Gdy mąż okaże się draniem, trzeba się z nim rozstać. Ale wtedy trzeba sobie ułożyć życie na nowo. I wychodzi tak, że dzieci w tym przeszkadzają. Lądują wówczas u babć, ciotek czy innych krewnych. Gdy nowa miłość mamy nie akceptuje dzieci z poprzednich związków, mama wybiera nową miłość. Nigdy nie wiesz, kto jest rodziną. Każdy obywatel ma 2 nazwiska, jedno po mamie, drugie po tacie. Przy tak kwitnącej miłości, mozaika nazwisk w rodzinie bywa wyjątkowa. Nigdy nie wiadomo, kto jest czyim dzieckiem, a kto rodzicem. Kto mamą, kto babcią. Dzieci do babć mówią mamo. Te gorące noce, to gorące morze, te afrodyzyjne owoce przez cały rok zachęcają do miłości i do poświęcenia wszystkiego w imię miłości. 

Pomiędzy Jamą a Pedernales są maleńkie, śliczne plaże. W większości dzikie, oddalone od głównej drogi, od wiosek, nieraz trudno dostępne. Na jednej z nich oderwane od stałego lądu skały uformowały majestatyczny łuk. Tubylcy od razu nazwali go łukiem miłości. Zakochani patrzą sobie w oczy. Gdy ktoś samotny chciałby tutaj kontemplować swoją samotność, ma szansę stać się bogatym . Dzikie punkty wybrzeża są miejscem przemytu narkotyków. Podpływają tu małe, szybkie łódki po towar lub pieniądze i pędzą z ładunkiem w kierunku statków zmierzających na północ. Gdy zobaczą policyjną łódkę na horyzoncie,  towar idzie na dno. Zdarzy się czasem, że fale wyrzucą na brzeg jakąś paczuszkę z dolarami, albo białym proszkiem. 
Polowanie na grubszą rybę.
Nim rybacy zdążą dopłynąć do brzegu,
zaczyna się polowanie na co lepsze
i większe okazy. Podpływają łódki
z napalonymi kupcami. Ten był pierwszy,
ale tuż za nim płyną następni,
zaoferują wyższą cenę.

Jak mi się tu podoba? – słyszę od kolejnego kierowcy, po raz setny to pytanie. Wymieniam rzeczy, które mi się podobają i nie. Poruszyłam bolącego zęba. Mówiąc o matkach wyfruwających z gniazda, powiedziałam o czymś, co było jego udziałem. Obudziłam wspomnienia, jak pewnego dnia został z trójką synów.

Z prekolumbijskiego Quito



Cmentarz kultury Quitu
 Mieli 130 – 150 cm wzrostu, podobnie jak niektórzy Indianie i dzisiaj. Żyli mniej więcej między 200 - 600 r . n.e. we Florydzie (obecnie osiedle w Quito), na wysokości około 2900 m n.p.m. Obserwowali świat z góry i kontrolowali szlaki handlowe. Jednym słowem z wysokości mieli na wszystko oko i piękny widok na jezioro Inaquito albo Anaquito, (które jako cud natury opisywał XVIII wieczny, hiszpański przystojniak, Juan Pio Montufar, którego wiadome wiatry historii przywiały do Ekwadoru). Rzadko dożywali więcej niż 40 lat.

Należeli do kultury Quitu (najstarsze ślady tej kultury z 3500 r pn e). W północnej części Quito odkopano ponad 30 szkieletów. Wszystkie z znajdowały się w pozycji embrionalnej z twarzą zwróconą w stronę wulkanu Pichincha. Z fantastycznie zachowaną ceramiką i złotą biżuterią, ponczami wykonanymi z muszli, o wadze do 20 kg. Przetrwały również fragmenty bawełnianych ubrań z wzorzystych tkanin. Jedli z pięknie malowanych naczyń ceramicznych, nie ma wśród nich dwóch takich samych.

Współczesne północne Quito,
widok na dawnelotnisko,
na jego miejscu wczseśniej było
jezioro Anaquito
Grzebali swych zmarłych w głębokich tumbach wykopanych w głąb ziemi na ok., 15 m i średnicy ok. 3 m. Ciała wyżej urodzonych, po śmierci  „sadzano” na specjalnie przygotowanych taboretach. Należących do plebsu natomiast, bezpośrednio na ziemi. Przynajmniej jeden z grobów czeka jeszcze na eksplorację.
Kultura Quitu, ok.  roku 980 n.e. była podbita przez kulturę Cara z okolic dzisiejszej Bahii de Caraquez. 

Najeźdźcy założyli Królestwo Quito. Uformowała się kultura Quitu-Cara. Rozrastające się gwałtownie miasto Quito, od centrum historycznego i południowego krańca na północ, spowodowało wyschnięcie jeziora. Na jego miejscu powstało lotnisko. Obecnie miasto rozrosło się znacznie dalej na północ i w wokół lotniska. Okoliczne wieżowce stanowiły zagrożenie dla samolotów. Nie wspominając o niebezpieczeństwie czyhającym na mieszkańców tychże wieżowców ze strony samolotów. Dlatego lotnisko przeniesiono kilkadziesiąt kilometrów na północny-wschód. 

Jezioro Anaquito, XVIII w.
„Na środkowej równinie Anaquito jest pewne miejsce, które nazywają Rumipamba, co oznacza „wypełniony kamieniami, pełem kamieni” (…) pełne jeleni i koloni ptaków wodnych.” – Pisał  Antonio de Ulloa, hiszpański astronom i polityk. członek Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, którego badania kulistości ziemi przywiodły do Ekwadoru. Dzisiaj park jest pełen wytyczonych spacerowych ścieżek wśród gęstych zarośli, placów zabaw, w tym dla psów. W tych leśnych pozostałościach mieszkają obecnie 23 gatunki ptaków.

Obecny park Rumipamba jest 10 km na południe od osiedla Floryda. To 32. hektarowy kompleks z najstarszymi ruinami w obrębie Quito, teren byłej prywatnej hacjendy. Zostawili tu swoje ślady przedstawiciele starszej od Quitu kultury Yumbo (ok. 8000 r. p.n.e.  - XVII w n.e.) Mury datują się na 400 r. n.e. W parku są też olbrzymie kamienie wulkaniczne z ostatniej erupcji Guagua Pichincha z 1660 r. Po tej tragedii, Yumpo, którzy przeżyli przenieśli się na drugą stronę Andów. Byli wspaniałymi kupcami, znawcami ziołolecznictwa i budowniczymi, choć niewiele śladów tej architektury zachowało się do dziś. 

Północne Quito, okolice parku La Carolina, widok na stronę wschodnią
Najważniejszym zabytkiem Yumpo w Ekwadorze jest Tulipe, na północ od miasta z charakterystycznymi „tolami”, czymś w rodzaju grobu. Podobne są na północnym wybrzeżu Ekwadoru, niedaleko granicy z Kolumbia i w pobliżu Bahia de Caraquez (pozostałości kultury Cara).

Pokutnicy


On ją zabił. Z rozpaczy. Miał na imią Piotr, a ona Magdalena. Ktoś inny zdradził, ktoś okradł albo oczernił, oskarżył, zranił. Pod fioletowym kolorem skruchy, pod stożkiem pokory te i inne grzechy maszerują co roku w Wielki Piątek, ulicami Quito. Jak wyrzut sumienia, przypominają o tym, co stało się z Chrystusem ponad 2000 lat temu i ile zła jest popełnianego każdego dnia. Również na pamiątkę tragedii tamtego Piotra i Magdaleny z XVII w.

Cucuruchos i veroniki z Quito przypominają o latach zbrodni, tak samo skruchy i cierpienia. Nic się nie zmienia. Wciąż każdego dnia człowiek krzywdzi człowieka.

W Quito, w 1650 roku, żył sobie hiszpański szlachcic Lorenzo de Moncada. Był żonaty z piękną mieszkanką tego miasta Marią de Peñaflor i Velasco. Mieli córkę, Magdalenę, piękną dziewczynę, do której wzdychali wszyscy młodzieńcy tamtej epoki. Don Lorenzo, był znany ze swej dobroci i pewnego razu jako lokaja zatrudnił Jeronimo de Esparza, człowieka, który popadł w nędzę.

Don Jeronimo miał syna Piotra, o siedem lat starszego od 15-letniej Magdaleny. Oboje zakochali się z sobie bez pamięci. Romans Magdaleny szybko dotarł do uszu matki. Donia Maria de Peñaflor prawie zemdlała na tę wiadomość. Podzieliła się tą nowiną z mężem, który wziął to jako upokorzenie. Nie mógł znieść, że jego córka zadaje się z byle kim.

Lokaj i jego syn zostali odwołani z majątku Don Lorenzo. Ale romans pomiędzy Pedro i Magdaleną trwał. Dziewczynka mogła wychodzić tylko na mszę św. do kościoła św. Augustyna. Piotr, by widywać ukochaną, przebrany za cucurucho stawał obok jednego ze świętych obrazów. Jego rodzice nigdy tego nie zauważyli. Czasami tylko widzieli, że dziewczyna sama przychodziła do kościoła.
Tymczasem Quito obiegła wiadomość, że jest organizowana wyprawa na wschód. Piotr upatrywał w niej szansę, by stać się bogatym i zyskać  przychylność Don Lorenzo. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, wielu jej uczestników, w tym Piotr zmarł. Magdalena bardzo płakała na wieść o śmierci  ukochanego.

Pewnego razu przybył  Hiszpanii przystojny młody człowiek, imieniem Don Matteo de Leon. Zdobył przychylność don Lorenzo i poprosił o rękę Magdaleny. Ponieważ w tym czasie małżeństwa były aranżowane przez rodziców i dziewczęta musiały być posłuszne rodzicom, tak też i małżeństwo Magdaleny zostało uzgodnione wbrew jej woli.

Ślub miał się odbyć 27 marca 1655, w godzinach wieczornych. Tradycja mówi, że panny młode, jeden dzień przed ślubem, powinien dać jałmużnę żebrakom, bo tylko wtedy mogą być szczęśliwe w małżeństwie. Setki żebraków ciągnęły do domu Magdaleny.

Magdalena rozdając jałmużnę, otrzymała list od Piotra, o tym, że nie umarł i chce ją zobaczyć. Odpowiedziała zdecydowanym „nie” i co gorsze poinformowała go, że wychodzi za mąż.
Wtem do domu Magdaleny przybył żebrak przebrany za cucurucho. Miał posturę Piotra. Gdy nastolatka otworzyła drzwi, wyciągnął sztylet i zabił ją.

Słudzy bardzo starali się ukryć fakt, w jaki sposób zginęła panna młoda. Jednak prawda wyszła na jaw. Piotr, pod kościołem św. Augustyna, zrzucił płaszcz i kaptur, który zakrywał jego twarz. Wtedy ludzie zobaczyli, że to zbroczony krwią Piotr.

Od 6 rano w kościele św. Franciszka trwa nabożeństwo. Na zewnątrz o ściany klasztoru opierają się dziesiątki krzyży. Większe, mniejsze, ogromne, drewniane, metalowe, kaktusowe. O godz. 10 formułuje się procesja. Setki tzw. cucuruchos w akcie skruchy i pokory z intencją przeprosin za grzechy swoje i innych, zmuszają ustawionych wzdłuż ulic widzów do zadumy nad całym złem świata. Do wielogodzinnej drogi krzyżowej włączają się widzowie. Każdy, nieważne czy przebrany za cucurucho, Chrystusa czy nie, niesie swoje zmartwienia i bóle. Dźwiga swój krzyż symboliczny lub fizyczny, ciężki, przytłaczający. Niektórzy z poduszką podłożona na ramieniu. Na ramionach krzyż, na nogach łańcuchy. Przytroczone do bosych stóp, albo w wersji lżejszej do obuwia. Symbolicznie biczują się gałązkami roślin lub cienkimi sznurami. 

Do udziału w procesji można się zapisać 2 miesiące przed Wielkanocą w kościele św. Franciszka. Trzeba zgłosić czy się chce nieść krzyż, zmyć grzechy, opłakiwać to życia albo następne. Nie ma innego wymogu oprócz posiadania wiary i udziału kursie religijnym. Uczestnicy będą mieli okazję, aby dowiedzieć się więcej o procesji. W kościele są dostępne stroje i stożki, ale jeśli dla kogoś zabraknie, będzie musiał postarać się na własną rękę. Pokuta to nie łańcuchy lub wici, ale dziękczynienie za otrzymane dary i akt wiary, aby zmienić swoje życie.

Od tysięcy lat każdego dnia ktoś komuś wbija gwóźdź w ciało. Rani do krwi, zadaje cierpienie nie do ukojenia. Ktoś wybacza i prosi o wybaczenie. Każdego dnia otwierają się rany.  Od morderców, zdrajców, szaleńców, złodziei, donosicieli i szpicli wybaw nas Panie.